czwartek, 26 lutego 2026

Trefl z Pucharem Polski!

W rozegranym w ostatnią niedzielę (22.02.2026) finale Pekao S.A. Pucharu Polski koszykarze Energa Trefl Sopot pokonali Orlen Zastal Zielona Góra. Wynik 91:67 mówi w zasadzie wszystko o dominacji zespołu z nadmorskiego kurortu. Tak jak w ubiegłym roku, decydującą batalię tej prestiżowej imprezy śledziłem z trybun Areny Sosnowiec. 

fot. Andrzej Romański / plk.pl


Najtrudniejszą przeprawą w drodze po cenne trofeum dla podopiecznych Mikko Larkasa było inaugurujące turniej spotkanie przeciwko Legii Warszawa, notabene niemal powszechnie uznane po losowaniu za najciekawszą parę ćwierćfinałową. Aktualni mistrzowie Polski długo stawiali zacięty opór, mając w trzeciej kwarcie nawet 10-punktową przewagę. Jednak w końcówce tej części gry mistrzowie sprzed dwóch lat doprowadzili do remisu, a w ostatniej ćwiartce kontrolowali przebieg wydarzeń i ostatecznie wygrali 83:80. W sobotnim półfinale Trefl nie dał szans Górnikowi Zamek Książ Wałbrzych. Chociaż grający w osłabionym składzie zeszłoroczni zdobywcy Pucharu Polski długo nie składali broni, to w ostatnich dziesięciu minutach Sopocianie dali prawdziwy popis ofensywnej gry (34:19, w tym osiem "trójek"!), co zapewniło im finalnie zwycięstwo 92:67. Sukces okupili poważną kontuzją dłoni swojego kapitana - Jakuba Schenka, który powróci na parkiet dopiero w fazie play-off. Przed finałową potyczką pod znakiem zapytania stał również występ dwóch podkoszowych - Kennetha Goinsa i Szymona Zapały. Obaj zameldowali się jednak w niedzielę na parkiecie, dokładając ważne cegiełki do triumfu swojego teamu.

O ile awans do decydującej rozgrywki aktualnego wicelidera Orlen Basket Ligi był oczekiwany przez większość kibiców i ekspertów, to znalezienie się tam zespołu plasującego się obecnie na siódmej pozycji w tabeli stanowiło największą niespodziankę turnieju. W ćwierćfinałowym meczu z podtekstami Zastal odprawił lidera - Kinga Szczecin (94:88), co jeszcze samo w sobie nie było tak zaskakujące, jak półfinałowe rozstrzygnięcie. W sobotni wieczór Zielonogórzanie ograli bowiem ekipę powszechnie uznawaną za głównego faworyta. Najwyraźniej gracze Śląska Wrocław nie mieli swojego dnia bądź nie wytrzymali presji. Podopieczni Arkadiusza Miłoszewskiego, choć musieli radzić sobie bez kontuzjowanego Jakuba Szumerta, skrzętnie wykorzystali tę niedyspozycję. Prawdziwym X-Factorem okazał się rezerwowy Marcin Woroniecki, który w ciągu 17 minut pobytu na parkiecie aż sześciokrotnie trafił z dystansu. Ostatecznie drużyna ze stolicy województwa lubuskiego wygrała 86:79. 

W finale oba zespoły zagrały bez dwóch zawodników z podstawowej rotacji - w Treflu oprócz Schenka brakowało także Raymonda Cowelsa, zaś w Zastalu nie wystąpił jeszcze kontuzjowany w piątek Sagaba Konate. Notabene absencje czołowych koszykarzy były problemem większości klubów uczestniczących w sosnowieckiej imprezie. 



Sopocianie zaczęli od mocnego uderzenia - już po upływie 100 sekund prowadzili 7:2. Później utrzymywali przewagę, która jednak do końca pierwszej kwarty nie była wyższa niż 5 pkt - tak też było na koniec tej części gry (21:16). Drugą ćwiartkę dobrze zaczęli Zielonogórzanie, którzy dzięki sześciu "oczkom" jedyny raz w całym spotkaniu wyszli na prowadzenie. Po czasie wziętym przez wyjątkowo żywiołowego - jak na Fina - trenera Larkasa, ekipa znad morza odzyskała inicjatywę. Punktowali wtedy głównie Mindaugas Kacinas i Mikołaj Witliński, a trafienie Zapały ustaliło rezultat do przerwy - 46:37. Po zmianie stron Trefl nadal dominował, konsekwentnie zwiększając przewagę, przy bezradności i braku pomysłu podopiecznych trenera Miłoszewskiego. Trzecia kwarta zakończyła się wynikiem 62:49, a w ostatniej części ta różnica jeszcze rosła - 74:51 po "trójce" Kacinasa w 33 min. Losy zawodów zostały już praktycznie rozstrzygnięte. Pod nieobecność Schenka ważne role odgrywali inni zawodnicy z pozycji 1-2 - uznany za MVP turnieju Paul Scruggs, a także dobrze prowadzący grę Kasper Suurorg. 

Trzeba zaznaczyć, że żelazna siódemka Sopocian (oprócz wymienionych jeszcze Dylan Addae-Wusu) okazała się niezawodna zarówno w finale, jak i poprzednich starciach - każdy z graczy miał swój wkład w sukces, przedkładając dobro drużyny nad indywidualne popisy. Widać tutaj rękę szkoleniowca, którego zakontraktowanie przyjmowano przed sezonem z lekkim zdziwieniem, zwłaszcza porównując jego CV z dokonaniami poprzednika. Teraz okazuje się, że Larkas zdał ważny egzamin. A czy równie skuteczny okaże się za kilka miesięcy, w play-off ekstraklasy? Powtórzenie osiągnięcia Żana Tabaka z 2024 roku - czyli mówiąc wprost: zdobycie tytułu - będzie szalenie trudne, bo też pretendentów do tego trofeum jest kilku. Niemniej zapowiada się fascynująca wiosenna kampania. Warto również z zainteresowaniem śledzić poczynania Zastalu, który w tym sezonie urósł do miana jednej z najbardziej pozytywnych niespodzianek OBL. Pięciokrotni mistrzowie Polski z lat 2013-2020 mogą włączyć się nawet do walki o 6 miejsce, gwarantujące udział w play-off, bez potrzeby rozgrywania specyficznych baraży, jakimi są play-in. 

Finał zgromadził nieco mniejszą widownię niż w ubiegłym roku - oficjalnie na trybunach Areny Sosnowiec zasiadło około 2200 widzów. Niemniej oba zespoły były głośno dopingowane przez grupy wiernych fanów, a na trybunach panowała dobra, przyjazna atmosfera. Na duży plus zasługuje także organizacja (choć do pracy ochroniarzy mam pewne zastrzeżenia). W przerwie między trzecią a czwartą kwartą doszło do niezwykłego wydarzenia - jeden z trzech wylosowanych kibiców trafił rzut z połowy, dzięki czemu wygrał 100 tys. zł! Tutaj filmik z tego wydarzenia umieszczony na profilu Orlen Basket Ligi: 




Warto jeszcze dodać, że w sobotę rozegrano tradycyjne konkursy - wsadów i rzutów za 3 pkt. Nie mogę nie wspomnieć o tym, że w tym w tym pierwszym z bardzo dobrej strony zaprezentował się wychowanek Niedźwiadków Przemyśl - Maciej Puchalski, występujący w tym sezonie w barwach Górnika Wałbrzych. W zawodach wzięło udział pięciu dunkerów, a 20-letni skrzydłowy - jedyny Polak w tej stawce - zajął drugie miejsce! Zwyciężył Phil Fayne z Zastalu. Przed Maćkiem jeszcze wiele lat kariery i może kiedyś jeszcze wygra konkurs wsadów. Niemniej ważniejsze, aby krok po kroku robił postępy na ekstraklasowych parkietach. Ma wszelkie predyspozycje ku temu, aby zrobić większą karierę niż jego ojciec i pierwszy w życiu trener - Daniel Puchalski. Notabene konkurs "trójek" wygrał Maksymilian Wilczek z Legii, którego ojciec - Tomasz Wilczek, również był znanym koszykarzem, reprezentującym pod koniec lat 90. minionego stulecia barwy Śląska. 

Podsumowując - cieszę się, że znów obejrzałem "na żywo" finał Pucharu Polski! Nie było tylu emocji, co rok temu, gdy o triumfie Górnika Wałbrzych zdecydowały ostatnie sekundy, ale... Powiedzieć, że obejrzenie tak prestiżowego meczu na własne oczy jest znacznie ciekawsze i bardziej ekscytujące niż śledzenie go w kapciach przed telewizorem, to tak, jakby nic nie powiedzieć. Bycie w takim miejscu niejako daje poczucie realnej przynależności do koszykarskiej społeczności - ludzi, którzy żyją tą wspaniałą dyscypliną sportu. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz