czwartek, 31 maja 2018

Złota młodzież z Przemyśla

20 maja 2018 roku to historyczna data dla przemyskiej koszykówki. W niedzielne popołudnie Hensfort został mistrzem Polski do lat 18 - w decydującym starciu rozegranego w mieście nad Sanem turnieju finałowego pokonując Asseco Gdynia. Dwa tygodnie wcześniej ta sama drużyna, wywalczyła awans do seniorskiej II ligi, co - biorąc pod uwagę, że tworzą ją wyłącznie 18-latkowie - jest unikalnym wyczynem.


fot. Niedźwiadki Hensfort Przemyśl (Facebook)

Te osiągnięcia nie są dziełem jakiegokolwiek przypadku. Stoją za nimi ciężka praca i godna podziwu konsekwencja. 2 lata temu przemyślanie zostali wicemistrzem Polski w kategorii U-16. Przed rokiem odpadli w turnieju półfinałowym III ligi, a Mistrzostwa Polski U-18, w których rywale byli na ogół o rok starsi, zakończyli na 6. miejscu. Teraz tamte doświadczenia zaprocentowały. W sezonie 2017/2018 popularne Niedźwiadki wystąpiły także w pierwszej fazie MP U-20 oraz kolejny już raz w kontynentalnej lidze EYBL.

To naprawdę wyjątkowy klub, zwłaszcza jak na przemyskie realia, stworzony od podstaw przez Daniela Puchalskiego. Wychowanek Górnika Wałbrzych, a następnie były wieloletni koszykarz Polonii (jeszcze z czasów gry w ekstraklasie) nie działa sam, ale niewątpliwie to jego zaangażowanie w szkolenie utalentowanej młodzieży i sprawy organizacyjne jest kluczowe. Te autorskie metody przynoszą efekty. Nie chodzi tutaj już nawet tylko o wyniki, lecz postępy tych młodych zawodników.

Takie małe przypomnienie - w 2016 roku przeprowadziłem obszerny wywiad z przemyskim szkoleniowcem, który był też wówczas selekcjonerem reprezentacji Polski U-16. Z tamtej perspektywy widać, że wszystko dzieje się zgodnie z nakreślonym scenariuszem. Gdy w zeszłym tygodniu skontaktowałem się z trenerem Puchalskim, na wstępie zauważył, że złoty medal MP U-18 wpisuje się w interesujący kontekst historyczny. Otóż dotychczas jedyną ekipą z tego regionu (obecne województwo podkarpackie), która w kategorii 18-latków sięgnęła po tytuł, była już blisko 30 lat temu Stal Stalowa Wola. Ówczesnych triumfatorów szkolił Jerzy Szambelan, który w ogóle jest uważany za jednego z najlepszych fachowców od pracy z młodzieżą w polskim baskecie - pod jego wodzą reprezentacja Polski do lat 17 wywalczyła w 2010 roku wicemistrzostwo świata.

Opowiadając o ostatnich wydarzeniach, mój rozmówca przede wszystkim wskazał na elementy, które stały u podstaw tych znakomitych rezultatów, podkreślając specyfikę przygotowań do najważniejszych występów w tym sezonie i skalę wysiłku, jaki włożyli jego podopieczni: - Szczerze mówiąc, to pracę, której efektem był ten sukces, rozpoczęliśmy 3 lata temu. Chociaż w rywalizacji U-16 zostaliśmy wicemistrzami Polski, mieliśmy pełną świadomość, że jest to coś „po drodze” do tego celu. W polskich realiach U-18 stanowi ostatni etap pracy z młodzieżą. Trzeba zauważyć, że z finałowej ósemki sprzed dwóch lat w kategorii U-16, teraz wśród 18-latków tylko my i Trefl Sopot znów byliśmy na tym samym poziomie. Pozostałe zespoły albo się rozwiązały, albo chłopcy odeszli do innych klubów. Podjęliśmy odważną decyzję, że ten sezon będzie pierwszym z celem wynikowym, czyli będzie się różnić od poprzednich, gdy najważniejszy był cel szkoleniowy. Uznaliśmy więc, że konieczne w tym wieku jest egzekwowanie chęci wygrywania. Postawiliśmy sobie wysoko poprzeczkę – awans do II ligi i jak najlepszy wynik w Mistrzostwach Polski U-18. Było to wyzwanie o tyle trudne, że jesteśmy w tzw. słabej strefie, co wymagało od nas rozpoczęcia rywalizacji wcześniej od głównych rywali. Dlatego w rozgrywkach centralnych III ligi i U-18 musieliśmy rozegrać aż 17 meczów, z których musieliśmy wygrać wszystkie, jeśli chcieliśmy mieć pewność zrealizowania tych celów. To ogromna dawka, biorąc pod uwagę, że Asseco, czyli wicemistrz Polski U-18, zakończył rozgrywki centralne z bilansem pięciu zwycięstw i trzech porażek. Tak duża liczba spotkań była dla moich zawodników głównie obciążeniem psychicznym. Chłopcy świetnie to wytrzymali, choć turniej ćwierćfinałowy nie był spacerkiem – trafiliśmy tam m.in. na Trefla czy groźny MKS Pruszków. Poza tym wiedzieliśmy, że turniej finałowy jest w Przemyślu, tylko najpierw trzeba się do niego zakwalifikować. Pod tym względem chłopcy wytrzymali wszystko rewelacyjnie. Okres przygotowawczy był niezwykle długi, z bardzo silnym fundamentem. Miałem pełną świadomość, że wiosną już nie będziemy mieć czasu na trenowanie, bo pozostanie tylko gra i odpoczynek. Tak naprawdę okres przygotowawczy zakończyliśmy w styczniu turniejem w kategorii U-20. Zamykaliśmy wtedy pewien etap, oznaczający bardzo ciężką pracę, gdy graliśmy na dużym zmęczeniu.


W fazie grupowej turnieju finałowego MP U-18 przemyscy koszykarze wygrali wszystkie trzy potyczki, w tym po zaciętej walce z Asseco i w półfinale przyszło im zmierzyć się z Treflem, uważanym za jednego z głównych faworytów. Ta konfrontacja trzymała w napięciu od początku do końca. W ostatnich sekundach gospodarze zapewnili sobie zwycięstwo 78:76. Finał to powtórka z grupy. Koncertowo grające w ataku i obronie Niedźwiadki prowadziły do przerwy 45:22, zatem wydawało się, że tym razem emocji nie będzie. Tak się jednak nie stało. Młodzi gdynianie rzucili się w desperacki pościg - znacząco zmniejszyli tę różnicę, a w ostatniej akcji mogli doprowadzić do dogrywki, ale nie byli w stanie trafić z dystansu. Ostatecznie skończyło się 64:61. Złoty medal dla Hensfortu!


fot. Niedźwiadki Hensfort Przemyśl (Facebook)
Jak kilka dni później te decydujące boje oceniał trener zwycięzców? - Półfinał i finał to były dwa różne mecze. Nasze spotkania z Treflem spinamy taką klamrą, zaczynając od okresu U-13 i Mistrzostw Polski szkół podstawowych. To jednak zupełnie inna drużyna – ze składu 16-latków, który wygrał z nami dwa lata temu w finale MP, zostało praktycznie tylko dwóch chłopców. To był niesamowicie wymagający rywal, choćby z uwagi na świetne warunki fizyczne. Gra defensywna obu zespołów stała na bardzo wysokim poziomie. Natomiast wielu zawodników Asseco zrobiło ogromny postęp indywidualny. Obecny trener sprawił, że grają inaczej, dość specyficznie. Przyznam, że po półfinale udało nam się znaleźć pewien „haczyk” w ich systemie gry. Nie wdając się w szczegóły, odstąpiliśmy od standardowych zasad obrony i w pierwszej połowie finałowego spotkania przyniosło to znakomite efekty. Zaledwie 22 pkt zdobyte przez naszych rywali do przerwy nie były dziełem przypadku. Asseco ma znakomitego trenera, który znalazł rozwiązanie nie w przerwie, a dwie minuty po rozpoczęciu trzeciej kwarty. Nie byliśmy w stanie odpowiednio szybko zareagować na zmianę systemu obrony, stąd pojawiły się tak duże komplikacje w naszej grze ofensywnej i ogromna liczba strat. Ten finał można więc określić jako grę na pułapki. Na szczęście mieliśmy na tyle duży handicap, że dowieźliśmy zwycięstwo. Przy okazji Puchalski pokusił się jeszcze o refleksję dotyczącą taktycznego zaskoczenia we współczesnej koszykówce: Był to bardzo ciekawy mecz pod względem trenerskim. Z boku mogłoby się wydawać, że to jakieś dziwne ruchy taktyczne. Na szczęście dla kibiców – bo my, trenerzy wiedzieliśmy co się wydarzyło – dzień później miało miejsce znakomite widowisko we Włocławku, decydujące o awansie do finału ekstraklasy. Tam również przydarzyła się podobna historia - zmiana systemu obrony, na którą tak niesamowicie doświadczony zespół, jak Stelmet Zielona Góra nie zareagował, czego skutkiem była utrata całej przewagi i porażka.

Do pierwszej piątki imprezy zostali wybrani dwaj przemyślanie - podkoszowy Szymon Janczak i skrzydłowy Paweł Strzępek. Z kolei tytuł MVP przyznano rozgrywającemu Rafałowi Serwańskiemu. Czy to więc ich postawa, czy też duża rotacja składem stanowiły czynnik decydujący o powodzeniu? Tutaj szkoleniowiec przyjmuje kompromisowe stanowisko: - Od początku sezonu mówiłem, że ten szaleńczy plan wygrania siedemnastu meczów z rzędu w rozgrywkach centralnych nie powiedzie się bez jedenastego i dwunastego zawodnika. Jedno z założeń było więc takie, że ten dwunasty w łatwiejszym spotkaniu wchodzi na boisko, dając odpocząć komuś z pierwszej piątki. W turnieju ćwierćfinałowym U-18 zdarzyło się raz, że Szymon przesiedział całe 40 minut na ławce. Było to możliwe dzięki temu, że rezerwowi są na tyle mocni, że sami są w stanie spokojnie przesądzić o zwycięstwie. Pomysł, aby te siedemnaście meczów wygrać opierając się na trzech czy czterech podstawowych graczach, byłby całkowitą mrzonką i w ten sposób doprowadziłbym do katastrofy. Teoretycznie dziesiąty zawodnik potrafił wejść na boisko w połowie drugiej kwarty i serią celnych rzutów czy bardzo dobrą defensywą przechylić szalę na naszą korzyść, zaskakując tym naszych rywali. Tak naprawdę to trudno mi powiedzieć, kto jest dziesiątym. Owszem, na pewno są liderzy, ale w wielu przypadkach nasze zwycięstwa nie były uzależnione od zaprezentowania przez tych liderów szczytu swoich możliwości. Zatem za wspomnianym już 17-0 absolutnie stoi zespół, a jeśli chodzi o poszczególne wygrane, zawsze dałoby się wskazać kogoś, kto najbardziej się do nich przyczynił.

Pozornie awans do II ligi przyszedł łatwo, lecz przesądzająca o tym fakcie potyczka z Unią Tarnów była cokolwiek zacięta. Nazajutrz Niedźwiadki, będące gospodarzem turnieju, pozbawiły szans na awans drużynę z Żyrardowa. Mój rozmówca uważa, że najistotniejsze w osiągnięciu tego celu były stałe postępy czynione przez jego podopiecznych. Zwraca też uwagę na ich sportową postawę:
 - Co pół roku to jest inny zespół. Chłopcy pracują tak ciężko, że to nie jest bazowanie na tym, co potrafią dzisiaj, tylko na tym, co powinni wykonywać za pół roku czy rok. Plan szkoleniowy określa, jakich nowych elementów powinni się nauczyć, do tego z roku na rok jest wykonywana coraz większa praca motoryczna i siła. Namacalnym efektem tych postępów są właśnie wyniki osiągnięte w walce o awans do II ligi – w zeszłym sezonie odbiliśmy się od ściany w turnieju półfinałowym, teraz nie ponieśliśmy żadnej porażki. Warto podkreślić, że wygraliśmy nawet ostatni mecz, który nie był już dla nas istotny, bo awans był pewny, z kolei dla naszych rywali była to walka „o życie”. Chłopcy zagrali uczciwie. Mam do nich za to ogromny szacunek i jestem z nich bardzo dumny, że mając w perspektywie za chwilę finały U-18 zaprezentowali tak sportowe podejście. Podobnie było zresztą właśnie w turnieju finałowym juniorów, gdy przed ostatnim spotkaniem w fazie grupowej było jasne, że jesteśmy w półfinale, ale jeśli pokonamy Asseco, to wpadamy tam na Trefl, który był powszechnie uznawany za trudniejszego przeciwnika niż Biofarm Basket Junior Poznań. Niejedna osoba w hali pukała się w głowę, ale chciałbym, aby z tych chłopaków wyrośli prawdziwi sportowcy. Dlatego nie wyobrażałem sobie, że mogliby kalkulować, na kogo byłoby lepiej trafić w walce o finał.


Daniel Puchalski przyjmuje gratulacje za awans do II ligi  od prezesa Podkarpackiego Związku 
Koszykówki - Zbigniewa Błażkowskiego  -  fot. Niedźwiadki Hensfort Przemyśl (Facebook)
Rozstrzygnięcia tego sezonu i postępy czynione przez poszczególnych koszykarzy Hensfortu sprawiły, że część z nich otrzymała lub otrzyma oferty z innych klubów. Puchalski ucina takie spekulacje, wskazując na możliwości dalszego rozwoju, jakie są dla nich dostępne w Przemyślu. Jednocześnie wzbrania się przed uzupełnieniem II-ligowej ekipy o starszych graczy czy stworzeniem w przyszłości stricte seniorskiej ekipy, przedstawiając konkretne argumenty: - Chłopcy są na tyle utalentowani, że od co najmniej dwóch lat otrzymują oferty z innych klubów. Jednak wiedzą, że nie jesteśmy typowym zespołem, który tylko rozgrywa mecze, ale mają tu zapewnione warunki na najwyższym poziomie – szkolenie, rywalizację sportową, opiekę. Efektem są może nie tyle same sukcesy, co czynione przez nich postępy. Dla mnie najlepszą informacją zwrotną jest to, że jeszcze żaden z nich nie skorzystał z ofert klubów, które płacą stypendia. Chłopcy uznali, że zrobią lepiej, jeśli tu zostaną. Rozpoczynając ten projekt 12 lat temu, zakładałem, ze zależy mi na zbudowaniu ośrodka młodzieżowego, który będzie szkolić dzieciaki do koszykówki na wyższym poziomie. Ten cel został osiągnięty, bo w przyszłym sezonie wystąpi w II lidze zespół licealny – chłopcom został jeszcze rok nauki. Nie zamierzam wzmacniać tej drużyny nikim starszym. Chciałbym, aby w przyszłości grali tutaj chłopcy w wieku licealnym, którzy fajnie i ciężko pracowaliby, aby po roku, dwóch czy trzech latach pójść stąd w świat jako lepsi gracze. Nie mam zamiaru budować w Przemyślu koszykówki seniorskiej, bo w tym mieście była już taka na najwyższym poziomie, włącznie z finałem ekstraklasy. Zatem obawiam się, że wszystko, co będzie poniżej, nie będzie już tak atrakcyjne i nie wzbudzi takich emocji, a i tak będzie kosztować kosmiczne pieniądze. Gdy na turnieju finałowym U-18 widziałem nadkomplet publiczności, do tego tak wspaniale reagującej, dla mnie było to spełnienie marzeń, bo zależało mi na takim zainteresowaniu. Nie mam zamiaru wariować i na fali tego sukcesu budować zespołu seniorów. W żadnym wypadku tak się nie stanie. Po skończeniu liceum chłopcy pójdą w świat, życzę im jak najlepiej. Chyba uspokoję tym niektóre kluby, które obawiały się, że ci chłopcy są już dla nich straceni. Wkrótce wrócą na rynek koszykarski jako świetnie wyszkoleni, lepsi, z ogromnymi doświadczeniami w wygrywaniu.

Jakie będą priorytety na sezon 2018/2019? Trener twierdzi, że cel szkoleniowy to II liga, za cel wynikowy stawia utrzymanie w tej klasie rozgrywkowej. Prowadzony przez niego zespół zagra też w Mistrzostwach Polski U-20, próbując tam powalczyć mocniej niż w tym roku.

Nie pozostaje nic innego, jak życzyć powodzenia w realizacji tych zamierzeń, a przede wszystkim wyrazić słowa wielkiego uznania młodym przemyskim koszykarzom, przed którymi rysują się obiecujące perspektywy. To, jak wykorzystają szansę w dorosłej koszykówce, będzie już zależeć od nich. Pewne jest wszakże, iż zdobyli dość konkretne podstawy na początkowym etapie kariery, o co starannie zadbał ich szkoleniowiec.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz