Dzisiaj mały powrót do przeszłości. Publikuję wywiad przeprowadzony w listopadzie 2013 roku dla serwisu WislaLive.pl z Tomaszem Suskim - wówczas koszykarzem AZS AWF ggmedia.pl Kraków, tuż po derbowym starciu tego zespołu z krakowską Wisłą, w której notabene doświadczony koszykarz rozpoczynał swoją karierę. Kulminacyjny etap jego występów na koszykarskich parkietach przypadł jednak na Mazowszankę (PEKAES) Pruszków. Z tą ekipą Suski wygrał ekstraklasę w 1997 roku, a niedługo później zadebiutował także w reprezentacji Polski. Jak do tego doszło i co działo się później w jego karierze - o tym można przeczytać poniżej.
fot. WislaLive.pl |
Jak
rozpoczęła się Pana przygoda z koszykówką?
Pierwsze
kroki na koszykarskim parkiecie stawiałem w Szkole Podstawowej Nr
100 w Krakowie – uczęszczałem tam do klasy sportowej. Potem
trafiłem do Wisły. W klubie z ul. Reymonta przeszedłem wszystkie
szczeble – od kadeta, poprzez juniora, do pierwszego zespołu.
W
wieku 17 lat zadebiutował Pan w barwach Wawelskich Smoków w
ówczesnej II lidze (aktualnie I liga – przyp. autor)
i szybko zaczął odgrywać dużą rolę w zespole. Co powie Pan o
tamtej drużynie?
Miałem
w tym wszystkim dużo szczęścia. Trenerzy dali mi szansę, a
doświadczeni koledzy, tacy jak Ś.P. Tadziu Rozwora czy Łukasz
Malec wprowadzili mnie w tą dojrzałą koszykówkę i tak naprawdę
to oni zaufali mi na parkiecie. Wszystko było poparte ciężką
pracą na treningach i ta moja kariera zaczęła się rozwijać.
Ówczesna II liga stała na całkiem dobrym poziomie, grało wielu
zawodników z przeszłością w ekstraklasie. W moim ostatnim sezonie
w Wiśle mieliśmy szansę na awans, jednak zadecydowały kwestie
finansowe. Niestety, prawda jest taka, że bez odpowiednich pieniędzy
nie da się za wiele zrobić. Inne kluby miały bardziej stabilną
sytuację, a zwłaszcza mocno wspierana przez kopalnię Pogoń Ruda
Śląska, która wtedy awansowała do ekstraklasy. Mieliśmy szansę
zwyciężyć z nimi w rywalizacji w play-off, wygraliśmy nawet na
ich parkiecie, ale przegraliśmy u siebie, a w decydującym spotkaniu
na wyjeździe nie daliśmy im rady. Skład Wisły, po fuzji z
Hutnikiem, był w tamtym sezonie dość obiecujący. Jeżeli
doszedłby jakiś sponsor, byłaby wtedy szansa na powrót, po kilku
latach nieobecności, do ekstraklasy.
W
1995 roku, mając 20 lat, podpisał Pan kontrakt z ówczesnym
mistrzem Polski – Mazowszanką Pruszków. Jak doszło do tego
transferu?
Rozegraliśmy w hali przy ul. Reymonta dwa sparingi przeciwko
Mazowszance. Następnie działacze tego klubu zaprosili mnie na testy
połączone z obozem przygotowawczym i podpisaliśmy umowę. Nie
obawiałem się rywalizacji w zespole, wierzyłem w swoje możliwości.
Wiedziałem, że jeżeli będę ciężko pracować, to jestem w
stanie się przebić. Wtedy do Pruszkowa trafiło kilku innych
młodych zawodników - Krzysiek Sidor, Leszek Karwowski, rok
wcześniej rozpoczął tam grę Krzysiek Dryja, który zrobił duże
postępy pod okiem kończącego powoli karierę Jurka Binkowskiego.
Jedynie Sidor grał wcześniej nieco w ekstraklasie. Przyjęto
koncepcję budowy przez trenera Jacka Gembala młodej drużyny, która
w przeciągu trzech lat miała ponownie zdobyć tytuł mistrzowski.
Tymczasem udało nam się to już w drugim sezonie, w 1997 roku,
kiedy dotarliśmy także do półfinału Pucharu Koraca. Wówczas
trenerem był już Wojciech Krajewski.
Czy
dobrze wspomina Pan atmosferę panującą w tamtym okresie w
pruszkowskim klubie?
Oczywiście. Była to grupa wspaniałych chłopaków - jeden za
drugiego poszedłby w ogień. Tę atmosferę tworzyli trenerzy,
którzy udanie dobrali skład pod względem charakterologicznym.
Każdy wiedział, czego od niego oczekuje szkoleniowiec. Koszykówka
w Pruszkowie była wręcz jak religia, stanowiąc główny, nieraz
jedyny temat rozmów ludzi, których spotykało się na ulicy. Nie
było tam w zasadzie żadnej innej rozrywki. Dodatkowo niezwykły
klimat panował w małej hali przy ul. Gomulińskiego, w której
początkowo graliśmy. Nie pozostawało wręcz nic innego, jak oddać
dla tych kibiców swoje zdrowie na parkiecie, walczyć z całych sił.
W
eliminacjach do Mistrzostw Europy 1999 zagrał Pan dwa mecze w
biało-czerwonych barwach.
Tak, to były moje jedyne dwa oficjalne spotkania w kadrze. Poza tym
zaliczyłem jeszcze sparingi. Gra w reprezentacji narodowej była dla
mnie ogromnym wyróżnieniem i przeżyciem. Znaliśmy się bardzo
dobrze z meczów ligowych - było nas czterech z Pruszkowa i czterech
ze Śląska Wrocław. Każdy jechał tam z wielką przyjemnością,
nikt nie pojawiał się za karę, jak niestety teraz niekiedy bywa.
Kadrowicze mieli cały rok wypełniony meczami, treningami i
zgrupowaniami. Jeździliśmy z obozu na obóz, z turnieju na turniej,
była to ciężka praca. W 1997 roku przeszedłem cały cykl
przygotowań przez Mistrzostwami Europy i miałem dużą szansę
pojechać na tę imprezę, ale trener Eugeniusz Kijewski wybrał
Jarka Darnikowskiego, który był bardziej doświadczony. Do dzisiaj
nad tym ubolewam, jednak nigdy nie miałem żalu do selekcjonera o tę
decyzję, tylko taki sportowy niedosyt - „szkoda, że nie ja”.
W
1998 roku ówczesny PEKAES Pruszków zdobył wicemistrzostwo,
przegrywając po siedmiomeczowym dreszczowcu z wrocławskim Śląskiem.
Potem zaczął się stopniowy regres ekipy, w której Pan występował.
Jakie były tego powody?
Zaczęły się problemy finansowe. W klub zaangażowała się Wizja
TV i rodzina Gmochów, jednak przez okres wakacyjny nie pozyskano
żadnego sponsora. Budżet był już zatem niższy. Do tego doszło
tzw. otwarcie granic. Nowi obcokrajowcy nie byli lepsi od Polaków,
ale przyjeżdżali z przekonaniem, że tylko z uwagi na inną
narodowość i niemałe zarobki, należy im się miejsce na
parkiecie. Tak czy inaczej, pomimo tych trudności, walczyliśmy
ambitnie i z zaledwie jednym nominalnym rozgrywającym przegraliśmy
2-3 walkę o awans do finału z bardzo mocnym kadrowo Anwilem
Włocławek. Trenował nas wówczas Grek, Michalis Kiritsis, który
umożliwił później Czarkowi Trybańskiemu wyjazd do NBA. Była
nadzieja, że uda się jeszcze dzięki tej dobrej postawie utrzymać
drużynę na wysokim poziomie, zwłaszcza że całkiem nieźle szło
nam w pucharach. Jednak kolejne sezony pokazały, że klub zmierzał
w dół.
Pana
zaczęły natomiast nękać kontuzje.
Niezupełnie tak było. Do 2001 roku, kiedy doznałem poważnej
kontuzji kolana, omijały mnie urazy – bodajże tylko raz miałem
skręconą kostkę. Jednak gdy już kolano odmówiło posłuszeństwa,
zaczęły się komplikacje. Sama operacja trwała 8 godzin, co było
rekordem kliniki. W kolanie uszkodzone było dosłownie wszystko.
Wydaje mi się, że po rekonwalescencji wróciłem za wcześnie -
diagnoza lekarska była zbyt optymistyczna. Skutkiem tego był
ponowny uraz tego samego kolana. Zamiast około roku przerwy zrobiło
się 2,5 roku. W międzyczasie skończył mi się kontrakt. Przy
okazji była niezbyt miła sytuacja z panem Gmochem. Zachowano się
wobec mnie nie fair, traktując jak zabawkę, która zepsuła się,
więc można ją wyrzucić.
W
2003 roku wrócił Pan do Krakowa. Mająca problemy finansowe Unia
Tarnów zawiązała fuzję z Wisłą, a niemal wszystkie mecze
ekstraklasy rozgrywane były w hali przy ul. Reymonta. Jak ocenia Pan
ten etap swojej kariery?
Po kontuzji nie miałem propozycji z innych klubów. Pewnego dnia
skontaktował się ze mną prezes sekcji koszykarzy Wisły - Marcin
Fall, z którym rozpoczynałem karierę. Zawsze chciałem wrócić do
Krakowa. Wyjeżdżałem stąd, gdy ta moja kariera dopiero na dobre
się zaczynała. Wyobrażałem sobie jednak, że to będzie wyglądać
trochę inaczej, a tymczasem mój powrót był poprzedzony ciężkimi
kontuzjami. Chciałem spróbować, przekonać się, jak będzie
wyglądać moja forma po tych problemach. Jednak to wszystko nie
poszło zbyt dobrze. Trener chyba nie był do końca przekonany co do
mojej osoby, ja również byłem rozczarowany swoim poziomem gry. Tak
więc nasze drogi nie do końca szły w tym samym kierunku. Patrząc
nieco z boku, było mi żal, że nie udało się wówczas więcej
osiągnąć. Wychodziły sprawy, które psuły atmosferę w drużynie.
Środki finansowe nie były wcale małe, ale źle nimi gospodarowano.
Gdyby otoczka wokół klubu była lepsza, otworzyłaby się szansa na
pozyskanie nowych sponsorów. Świat ludzi, którzy mogą realnie
zainwestować w koszykówkę, jest wbrew pozorom mały. Po
negatywnych informacjach w mediach, osoby zastanawiające się
ewentualnie nad takim krokiem, mogą się zniechęcić do lokowania
pieniędzy, obawiając się o własny wizerunek.
Wisła/Unia
plasowała się wówczas w ekstraklasie w granicach 5.-6. miejsca.
Czy taki wynik był adekwatny w stosunku do posiadanego stanu
kadrowego?
Myślę, że nie. W tamtym okresie dochodziło do wielu zmian w
lidze, pojawiało się sporo nowych koszykarzy. Również przez nasz
zespół przewinęła się duża ilość zawodników, z dnia na dzień
odszedł trener Mariusz Karol, który przyjął ofertę z Turowa
Zgorzelec, nikomu nic nie mówiąc. Były to dziwne wydarzenia –
śmiem twierdzić, że kilka lat wcześniej takie sytuacje nie
miałyby miejsca.
W
2005 roku zakończyła się fuzja, klub wrócił do Tarnowa. Przed
nowym sezonem nie otrzymał Pan oferty gry w barwach Unii. Co działo
się potem?
Wspólnie z kolegami postanowiłem, że warto zbudować coś od zera
- zgłosiliśmy do III ligi klub o nazwie Basket Kraków. Była w nim
fajna atmosfera, ale niestety znowu dały znać o sobie kwestie
finansowe. Trenowaliśmy na niewielkiej salce szkolnej. Pokrywaliśmy
wyjazdy na mecze z własnych kieszeni, bo w połowie sezonu klubowi
zabrakło środków finansowych. Tylko swojej ambicji zawdzięczamy,
że zagraliśmy do końca rozgrywek. W meczach występowaliśmy
praktycznie szóstką zawodników. Po awansie do II ligi była szansa
wspiąć się jeszcze jedną klasę rozgrywkową wyżej. Na pewno
byłoby to łatwiejsze zadanie, gdyby pojawił się jakiś konkretny
sponsor.
fot. mnlk.pro-com.pl |
Tworzyliśmy
tę drużynę w poprzednim sezonie, stawiając sobie za cel
znalezienie się w I lidze w ciągu 3 lat. Ten sezon traktujemy jako
duże doświadczenie. Jeśli nadarzyłaby się okazja do walki o „coś
więcej”, jak najbardziej postaramy się to wykorzystać. Na razie
jednak nie układa się to tak, jak powinno, nie spodziewaliśmy się
takiego startu (rozmawialiśmy
03.11.2013 r., po porażce AZS AWF z Wisłą, czwartej w piątym
meczu tego sezonu – przyp. autor).
Przegrywamy kolejne spotkanie, wcześniej przegraliśmy dwa mecze w
dramatycznych okolicznościach – jeden po rzucie w ostatniej
sekundzie, a drugi, praktycznie wygrany, po dogrywce. Są w zespole
młodzi zawodnicy, którzy powinni uwierzyć w swoje możliwości i
odpowiedzieć sobie na pytanie, po co to robią i co chcą osiągnąć.
Podczas
meczu z Wisłą kierował Pan wiele uwag do swoich kolegów z
drużyny. Czy czuje się Pan ich mentorem?
Z racji wieku gram już mniej. Zaczynają odzywać się dawne
kontuzje, nieraz czuję ból. Bardziej skupiam się na tym, aby swoim
doświadczeniem podpowiedzieć coś tym chłopakom na treningach i
meczach. Chciałbym pociągnąć do przodu młodych chłopaków, sam
kiedyś byłem w tym momencie kariery, co oni. Przykro to mówić,
ale to jest inne pokolenie, inna mentalność. Staramy się, aby
zmienić to nastawienie – idzie opornie, ale są już pewne
przebłyski. Powiedziałem im ostatnio, że mocno w nich wierzę i
mają potencjał, który pozwala wygrywać mecze. Najważniejsze jest
jednak wejść do szatni po meczu i powiedzieć: „przegraliśmy,
ale daliśmy z siebie wszystko”. Najgorsze to rozpamiętywać, co
można było zrobić lepiej. Porażka jest wkalkulowana w ryzyko, to
jest sport. Rozumiem, że chłopaki w naszej drużynie mają różne
obowiązki i mogą być zmęczeni, ale przed sezonem powiedzieliśmy,
iż jeśli chcą coś osiągnąć, muszą chcieć. Nie chcieliśmy w
drużynie kogokolwiek, kto miałby być do czegoś zmuszany. Być
może te porażki pozwolą chłopakom wyciągnąć pewne wnioski i
przekonają do tego, że aby było lepiej, muszą bardziej
zaangażować się w treningi, coś z nich „wyciągnąć”. Ktoś
mądrzejszy to wymyślił – gra się tak, jak trenuje.
Jak
długo zamierza Pan jeszcze grać?
W
tej chwili treningi i grę traktuję jako formę poprawy swojego
samopoczucia. Jeśli zdrowie będzie dopisywać, chętnie jeszcze
długo pograłbym, jednak – jak mówiłem – mam już pewne
problemy, a natury nie da się oszukać. Być może będą mecze, w
których spędzę więcej minut na parkiecie niż dzisiaj (Tomasz
Suski zagrał przeciwko Wiśle tylko 7 minut – przyp. autor).
Czy
poza zakończeniu kariery planuje Pan pozostać przy baskecie?
Tak, chciałbym. Nie zastanawiałem się dokładnie nad tym i trudno
sprecyzować mi, w jakiej roli. Dobre relacje z moim teściem –
Maciejem Starowiczem i Jackiem Moryto, który pełni obowiązki
pierwszego trenera z powodu zawieszenia przez PZKosz Starowicza,
sprawiają jednak, iż mógłbym zaangażować się w sprawy
szkoleniowe w AZS AWF ggmedia.pl. Teraz, jeśli chce się działać w
koszykówce, sztab szkoleniowy nie może być jednoosobowy, ważna
jest wzajemna współpraca. Tym bardziej, że II liga ma charakter
półamatorski, wobec czego koszykówka nie jest na tym poziomie
podstawowym źródłem utrzymania – zarówno dla trenerów, jak i
zawodników, także dla mnie. Inna sytuacja mogłaby być dopiero na
poziomie I ligi, gdzie trenuje się 2 razy dziennie i otrzymuje się
pieniądze, pozwalające skoncentrować się tylko na baskecie.
A
gdyby Wisła złożyła Panu ofertę współpracy, to przyjąłby ją
Pan?
Kiedyś wypowiadałem się na ten temat – bardzo ubolewam nad tym,
że nikt z klubu przy ul. Reymonta niczego mi nie zaproponował.
Zawsze powtarzałem, że jestem otwarty na propozycje z Wisły, a –
jak mi się wydaje – mam duże doświadczenie, które mógłbym
przekazać.
Co
powie Pan ogólnie na temat aktualnej sytuacji krakowskiego basketu w
męskim wydaniu?
Poza piłką nożną, Kraków nie ma żadnej alternatywy, jeśli
chodzi o sporty zespołowe. Co prawda koszykarki Wisły osiągają
bardzo dobre wyniki, to jednak, nic im nie ujmując, koszykówka
męska na poziomie I ligi jest w stanie przyciągnąć na trybuny
większą rzeszę kibiców niż ekstraklasa żeńska. Chciałbym, aby
w Krakowie była drużyna męska przynajmniej na poziomie I ligi, a
jeszcze lepiej, rzecz jasna, w ekstraklasie. Warunkiem znalezienia
się na najwyższym szczeblu rozgrywek jest jednak ogromny budżet,
poza tym wiąże się to z różnymi innymi sprawami, jak choćby z
kwestią napływu obcokrajowców, którzy niekoniecznie
prezentowaliby odpowiedni poziom, a także z halą. Co prawda
powstający właśnie obiekt na Czyżynach będzie spełniać
wszelkie standardy, jednak wynajęcie go na mecze i treningi
oznaczałoby horrendalne koszty. Obecnie, jak i w poprzednich
sezonach, kilka drużyn z Krakowa występuje w II lidze, głównie
skupiając się na tym, aby utrzymać się na tym poziomie rozgrywek.
Jest to dziwne i wydaje mi się, że nie służy dobru naszej
dyscypliny.
A
jaka jest Pana opinia, jeśli chodzi ogólnie o polską koszykówkę?
Jakie problemy dostrzega Pan, zwłaszcza w odniesieniu do czasów, w
których występował Pan w ekstraklasie?
W tamtym okresie nie było generalnie takiej presji na wynik,
trenerzy mogli realizować swoje pomysły. W latach 90.
szkoleniowcy byli w jednym klubie po kilka lat, czego przykładem
jest choćby Jacek Gembal w Mazowszance, Tadeusz Aleksandrowicz w
Stargardzie Szczecińskim czy Teodor Mołłow w Polonii Przemyśl,
nieco później także Andrej Urlep w Śląsku. W ostatnich latach
rotacja trenerów jest wręcz szalona, a to nie wpływa na ciągłość
pracy i możliwość realizacji celów drużyn. Osobiście uważam, o
czym już wspominałem, że błędem było otwarcie granic –
zwiększenie limitu obcokrajowców z dwóch do czterech, a wreszcie
pełna formuła open. W czasach, gdy sięgaliśmy po mistrzostwo, w
Pruszkowie grało dziesięciu Polaków i dwóch obcokrajowców, ale
na naprawdę wysokim poziomie, od których można było bardzo wiele
się nauczyć – Tyrice Walker i Jeff Massey. Teraz niestety jest
tak, że nieraz przyjeżdżają koszykarze o przeciętnych
umiejętnościach, którzy gdzieś muszą zarabiać pieniądze,
jednak niekoniecznie idzie to w parze z ich zaangażowaniem. Dzisiaj,
jak rozmawiam z kolegami, zastanawiamy się, czy ktoś z
zagranicznych zawodników identyfikuje się ze swoim klubem, gdy
zdobywa mistrzostwo Polski. Rzadziej i mniej chętnie oglądam mecze
polskiej ekstraklasy, gdyż ubolewam, że polska liga stała się na
swój sposób obca i znacząco obniżyła swój poziom, czego dowodem
są wysokie porażki Stelmetu Zielona Góra w pierwszych meczach
Euroligi. Co więcej, jeśli już oglądam spotkanie ekstraklasy, a
za miesiąc widzę tą samą drużynę, to tam jest już sześciu
nowych koszykarzy. To jest jakaś abstrakcja. Kiedyś zawodnicy byli
tak przyporządkowani do swoich ekip, że każdy kibic, nawet dość
średnio interesujący się koszykówką, był w stanie wymienić
skład tych zespołów.
Osobna kwestia to menedżerowie. Dla mnie to osoby, które skupiają
się przede wszystkim na zarabianiu pieniędzy, często kosztem
zawodników. Pamiętam dobrze, jak grając w Pruszkowie miałem
menedżera, a gdy doznałem poważnej kontuzji, przestał się ze mną
kontaktować. W zeszłym sezonie, gdy byliśmy w III lidze, zadzwonił
do mnie menedżer z Trójmiasta, proponując zawodników. Bardzo
zaskoczony zapytałem go tylko, czy wie, w jakiej gramy lidze i o co
gramy. Oprócz prowizji dla niego, musielibyśmy pokrywać
koszykarzom „z zewnątrz” koszty najmu mieszkania, a przecież to
była liga praktycznie amatorska. Podobnie zresztą jest teraz, w II
lidze. Kiedy w lecie nawiązywaliśmy kontakt z zawodnikami, mówili,
że wszystkie sprawy załatwiają ich agenci. To coś niesłychanego.
Zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jest sport, ambicja tych
młodych chłopaków. W zasadzie tutaj istnieje tylko pieniądz.
Czy
czegoś w swojej karierze Pan żałuje?
Generalnie czuję się spełniony. Z drużyną z Pruszkowa zdobyłem
mistrzostwo Polski, wicemistrzostwo, brązowy medal, trzy razy Puchar
Polski. Zadebiutowałem także w reprezentacji narodowej. Miałem
przyjemność grać w najlepszych czasach dla koszykówki w Polsce,
mile wspominam tamten okres. Ten sport był wówczas na drugim
miejscu pod względem popularności, ustępując tylko piłce nożnej.
Jeśli drugi raz dostałbym ofertę taką, jak w 1995 roku,
zachowałbym się tak samo. Gdybym nie przyjął propozycji z drużyny
mistrza Polski, mógłbym mieć do siebie duże pretensje.
Umiejętności sportowe i chęci samorealizacji muszą być połączone
ze szczęściem, polegającym na tym, że w odpowiednim momencie
zostanie się zauważonym i otrzyma realną szansę na
zaprezentowanie swoich możliwości. Mogło być przecież równie
dobrze tak, że przychodząc do takiego zespołu, przesiedziałbym
sezon na ławce, a w kolejnym grałbym już gdzie indziej. Natomiast
trenerzy zaufali mi, dzięki czemu w pierwszym sezonie grałem
średnio ok. 30 min i zająłem drugie miejsce w plebiscycie na
najlepszego debiutanta. Zatem najważniejsze, że znalazłem się we
właściwym czasie, we właściwym miejscu.
PS. Kilka tygodni po tym wywiadzie drużyna AZS AWF ggmedia.pl Kraków z powodu problemów finansowych wycofała się z II-ligowych rozgrywek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz