piątek, 25 listopada 2016

Jeśli zdrowie dopisze, zagram także w przyszłym sezonie (wywiad z Michałem Hlebowickim)

16 listopada Michał Hlebowicki skończył 40 lat. Zdecydowana większość jego rówieśników mówi już o swojej koszykarskiej karierze w czasie przeszłym, tymczasem on dalej gra, wspomagając swoim niezwykle bogatym doświadczeniem młodszych kolegów. Były zawodnik m.in. Polonii Warszawa, Trefla Sopot, Pekaesu Pruszków czy Czarnych Słupsk bierze udział w pisaniu zupełnie nowego rozdziału w historii klubu, o którego istnieniu jeszcze niedawno mało kto wiedział. Tymczasem za kilka lat R8 Basket AZS Politechnika Kraków ma odgrywać istotną rolę w polskim baskecie. Po potyczce przeciwko MKKS Rybnik, rozgrywanej w małej Tauron Arenie Kraków, udało mi się kilka chwil porozmawiać z tym znanym podkoszowym. Zapraszam do lektury!

fot. R8Basket.pl


Czy był Pan zaskoczony ofertą złożoną przez klub, który dopiero awansował do II ligi?

Nie ukrywam, że tak. Jednak gdy trener Rafał Knap, który kontaktował się ze mną, przedstawił mi perspektywy całego przedsięwzięcia i skład, zgodziłem się.

Mimo wysokiego zwycięstwa w dzisiejszym spotkaniu z MKKS Rybnik, było widać, że Pana zespołowi niekiedy brakuje jeszcze zrozumienia na parkiecie.

Jesteśmy totalnie nową drużyną, zgrywamy się cały czas, tak aby najwyższą formę osiągnąć wtedy, gdy będzie to najbardziej potrzebne, czyli podczas play-off. Na razie, czyli pod koniec pierwszej rundy fazy zasadniczej, jesteśmy liderem naszej grupy, więc wszystko idzie w dobrym kierunku.

Jako ten najbardziej doświadczony koszykarz pełni Pan rolę takiego mentora, przewodnika dla młodszych kolegów.

Między innymi właśnie po to zostałem sprowadzony do Krakowa. Po wstępnych rozmowach ze sztabem trenerskim było jasne, że być może nie muszę mieć najlepszych statystyk, zdobywać najwięcej punktów czy zbiórek, ale powinienem dbać o tzw. chemię, czyli właściwą atmosferę na boisku i w szatni. Co tu dużo mówić – jestem bardzo doświadczonym zawodnikiem, więc nie dziwi, że mam takie zadania.

Jak ocenia Pan poziom II ligi?

Na tym szczeblu występują różne zespoły – niektóre są nieprzewidywalne, prezentują żywiołową koszykówkę, grają dość niskim składem. Z tego powodu musimy przygotowywać się inaczej pod kątem każdego meczu. Nie gra się łatwo przeciwko rywalom, którzy – z całym szacunkiem dla nich - nie opierają się na ogólnie przyjętych schematach, dużo biegają. Jest też kilka klubów prezentujących ciekawą, bardziej poukładaną koszykówkę, jak choćby chyba nasz najgroźniejszy konkurent – AZS AWF Katowice, którego pokonaliśmy na wyjeździe w pierwszym meczu sezonu. Trudno grało się też choćby przeciwko ekipom z Bytomia czy Jaworzna – z tą ostatnią zanotowaliśmy zresztą jedyną porażkę.

R8 Basket AZS Politechnika Kraków w ekstraklasie w roku 2018 lub 2019 – czy to realne?

Oczywiście najpierw musimy skoncentrować się na awansie do I ligi, a dopiero później będziemy realizować kolejny cel. Pewne jest, że jeśli pokonamy ten pierwszy szczebel, potrzebne będą wzmocnienia, aby skutecznie walczyć o ekstraklasę z silnymi teamami. Patrząc jednak na to, jak wszystko jest tutaj zorganizowane, te bardzo ambitne zamierzenia są jak najbardziej wykonalne.

Czy jest Pan zadowolony ze swojej kariery?

Tak, jak najbardziej uważam ją za udaną. Żałuję tylko jednej podjętej decyzji, jednak pozostałe kroki okazały się właściwe.

Na Łotwie i na Cyprze sięgał Pan po mistrzowskie tytuły, a w Polsce nie udało się zaznać smaku triumfu w ligowej rywalizacji. Również przygoda z reprezentacją mogła być bardziej owocna.

Cóż, nie wszystko udało się osiągnąć, choć oczywiście sukcesy za granicą wspominam bardzo pozytywnie. Dodam, że z Barons Ryga odniosłem duży sukces, wygrywając Puchar FIBA. Odnośnie polskiej ligi, to jest wielu koszykarzy, którzy nigdy nie sięgnęli po złoto, zadowalając się jedynie miejscami na niższych stopniach podium. Kadra narodowa była w tamtych czasach dość mocna, niesamowicie ciężko było się przebić. Niemniej jestem dumny z tego, że przez 4 lata mogłem grać z Orzełkiem na piersi obok tak świetnych zawodników, jak choćby Adam Wójcik, Maciej Zieliński, Dominik Tomczyk czy Andrzej Pluta. To zawsze było duże wyróżnienie.

Najlepszy mecz w Pana karierze?

Może nie najlepszy w ścisłym tego słowa znaczeniu, ale ogromnie ważny, doskonale pamiętany do dzisiaj. Przychodzi mi tu na myśl występ, który nie był dla mnie wybitny pod względem liczby zdobytych punktów, ale zostałem okrzyknięty jego bohaterem i dopiero po tych zawodach dowiedziałem się, jaki wymiar miało to zwycięstwo, nie tylko dla klubu, którego barw wówczas broniłem. Chodzi o spotkanie rozgrywane w barwach AEL Limassol przeciwko Fenerbahce Stambuł w ramach Pucharu FIBA. Mieszkańcy południowej części Cypru odnoszą się z dużą niechęcią Turków, dlatego zwycięstwo przyjęto tam z nieprawdopodobną radością. Wygraliśmy jednym punktem, za sprawą mojego trafienia w ostatniej sekundzie – z trudnej pozycji, z rogu boiska. Okazało się, że to pierwsze zwycięstwo Cypryjczyków nad Turkami w historii rywalizacji obu państw w europejskich pucharach. To było już prawie 10 lat temu, ale do dzisiaj dostaję SMS-y i maile z gratulacjami. Podczas bankietu prezes ze łzami w oczach powiedział: - „Hlebo”, może dla Ciebie jest to kolejny buzzer beater w karierze, ale dla nas jest to zwycięstwo w sercu. Wtedy zrozumiałem, jakie to miało znaczenie dla Cypryjczyków, sam zresztą też czułem wzruszenie i tak to pamiętam do dzisiaj. Chociaż odniosłem wiele ważnych zwycięstw, jak choćby wspomniane zdobycie Pucharu FIBA – co ciekawe, decydujące starcie miało miejsce właśnie na Cyprze – właśnie to zwycięstwo i ten rzut pozostają dla mnie czymś szczególnym. Po wygranej z Fenerbahce, gdy wybiegaliśmy na kolejny mecz, kibice stworzyli dla mnie nowy pseudonim – odtąd byłem nazywany „Turkish Killer”.

Czy ten sezon jest dla Pana ostatnim w roli zawodnika?

Ostatnim sezonem miał być… poprzedni. Już był kwiaty, szampan, ale później pojawiła się propozycja z R8 Basket. Jeśli uda nam się awansować, a z moim zdrowiem będzie w porządku, planuję grać tutaj także w kolejnym sezonie. Chcę uczestniczyć w tworzeniu historii tego klubu, być częścią drużyny, która awansuje do ekstraklasy. Wiadomo, że jeśli te zamiary zostałyby spełnione, to już ciężko w wieku 42 lat byłoby mi podołać wymogom ekstraklasy. Na razie koncentruję się na obecnym sezonie, awansie do I ligi, a czy będę na parkiecie także jesienią przyszłego roku, to się jeszcze okaże.

W czym tkwi źródło tej koszykarskiej długowieczności?

Miałem w swojej karierze dwie czy trzy poważniejsze kontuzje, zdarzają się czasem drobniejsze urazy, ale ogólnie – odpukać w niemalowane – moje zdrowie dopisuje. Trenuję trochę inaczej niż młodsi zawodnicy, dbam o siebie, stosuję odpowiednią dietę, dzięki czemu pozostaję w dyspozycji, która pozwala mi w dalszym ciągu występować na boisku.

Pytany o tę kwestię Mariusz Bacik, którego kariera też zakończyła się po „czterdziestce”, powiedział mi (cały wywiad: tutaj), że graczom podkoszowym łatwiej przetrwać tak długo niż obwodowym.

Niewątpliwie jest w tym sporo racji. „Mali” muszą dużo biegać, przeprowadzić piłkę przez połowę, często pod presją szybkich, agresywnych rywali, przez co są bardziej narażeni na więcej urazów.Owszem, „wysocy” również muszą dużo się przepychać, ale w sumie nie kosztuje to ich aż tyle wysiłku.

Jak dużym przeobrażeniom uległa koszykówka przez te przeszło 20 lat, jakie spędził Pan na parkiecie?

Oczywiście tych zmian jest sporo. Gra stała się dużo bardziej atletyczna, dynamiczna, agresywna w obronie. Kiedyś wszystko było bardziej statyczne, w większym stopniu oparte na samym rzucie. Zupełnie inaczej wygląda także kwestia przygotowania zespołów. Dawniej był jeden trener, który zajmował się wszystkim, teraz jest ich trzech czy czterech, jest trener od przygotowania fizycznego. Sztab ludzi opracowuje plan, dzięki któremu wszystko ma właściwie funkcjonować. Koszykówka jest dziś bardziej widowiskowa, ale trzeba być do niej lepiej przygotowanym.

2010 rok, w barwach Trefla Sopot - fot. newspix.pl / przegladsportowy.pl
A czy poziom rozgrywek w Polsce i ich specyfika są dziś porównywalne do tego, co działo się w początkach Pana kariery?
Ciężko powiedzieć, choć trzeba przyznać, że wówczas polskie kluby były wyżej notowane w europejskiej hierarchii. Trzon wszystkich drużyn stanowili wtedy Polacy. Graczy zagranicznych było mniej niż obecnie – po dwóch czy trzech, ale prezentowali wyższą jakość. Długo by wymieniać tych, którzy nadawali ton ligowej rywalizacji. Sprowadzani Amerykanie mogli się pochwalić ukończeniem renomowanych uczelni, niektórzy byli nawet mistrzami NCAA, natomiast wielu zawodników europejskich – Litwini, Łotysze czy Chorwaci - należało do kluczowych w swoich reprezentacjach. Ta ekstraklasa wyglądała zatem inaczej, była ciekawsza i silniejsza, przez co niemało osób wspomina tamte czasy z łezką w oku. Fajnie, że można dziś obejrzeć w Internecie te mecze sprzed lat.

Czy rzeczywiście basket na Łotwie, gdzie spędził Pan kilka lat, jest bardziej popularny niż w Polsce?

Zdecydowanie tak. Sportem numer 1 jest tam hokej, a koszykówka plasuje się pod względem zainteresowania tuż za nim. Jeśli na Litwie żartobliwie mówi się, że dziecko rodzi się z piłką do kosza, to na Łotwie jest wybór – albo kij hokejowy, albo piłka do kosza.

Ma Pan godnego następcę – 16-letni syn reprezentuje barwy młodzieżowego zespołu VEF Ryga, biorącego udział w Lidze Europejskiej w tej kategorii wiekowej. Czy w przyszłości osiągnie więcej niż Pan?

Gorąco wierzę, że tak się stanie. Zresztą Oskar mówi, że jego celem jest być lepszym od taty. Wspieram go bardzo mocno, dużo rozmawiamy i żałuję, że nie mogę być na jego meczach. Pewnie Oskar śledził też relację statystyczną z zakończonego przed chwilą spotkania R8 Basket. Również młodszy syn - 7-letni Luka już rozpoczął koszykarskie treningi i chce być w przyszłości lepszy od Oskara, czyli... najlepszy z naszej trójki. Ja i moja żona – Ilse Ose-Hlebowicka, świetna przed laty zawodniczka, obecnie trenerka, posiadamy odpowiednią wiedzę i doświadczenie, więc możemy im doradzać. Synowie nas słuchają, czasem się denerwują, ale przyjmują te uwagi ze zrozumieniem. Nie zamierzamy jednak ingerować w sprawy szkoleniowe, zwłaszcza że Oskar jest w dobrych rękach. Trafił do szkółki VEF Ryga, czyli klubu mającego odpowiednią renomę na Łotwie i tam czyni stałe postępy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz