niedziela, 29 lipca 2018

"Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy"...

Trudno przejść do porządku dziennego nad tym, co funkcjonariusze partii nazywającej się Prawo i Sprawiedliwość i ich koalicjanci (też piękne nazwy - Solidarna Polska i Porozumienie) wyrabiają z wymiarem sprawiedliwości. Trudno też, aby absolwent wydziału prawa na najstarszej polskiej uczelni nie odniósł się do tego inaczej niż w sposób jednoznacznie negatywny, wskazując jednocześnie, że dzieje się coś, co grzebie fundamenty demokratycznego państwa prawnego, czyli jednego z najważniejszych osiągnięć przemian ustrojowych po 1989 roku. To ważne i potrzebne w czasach, gdy przeciętnemu zjadaczowi chleba, podburzanemu przez aktualnie rządzących, wydaje się, że mając dostęp do Internetu może być bardziej autorytatywny od zdecydowanej większości osób z wykształceniem prawniczym, z profesorami włącznie, posługującym się jakimś dziwnym językiem...

fot. fakt.pl

Tak w skrócie przypomnę. Pod koniec 2016 roku nominaci wymienionej na wstępie formacji, na czele z panią magister Przyłębską i sędzią-dublerem Muszyńskim, przejęli Trybunał Konstytucyjny, a od jesieni ubiegłego roku minister-prokurator generalny, który nie przepracował ani jednego dnia w jakimkolwiek zawodzie prawniczym, zabrał się za wymianę prezesów sądów powszechnych. Notabene, jedna z najgłośniejszych zmian miała miejsce w Sądzie Okręgowym w Krakowie, gdzie prezesem została jego szkolna koleżanka, dotychczas delegowana do Ministerstwa Sprawiedliwości. Kilka miesięcy temu "właściwi ludzie" opanowali Krajową Radę Sądownictwa. Teraz pora na Sąd Najwyższy.

Prawnicy związani z formacją rządzącą: poseł-prezes-doktor nauk prawnych J. Kaczyński, minister-prokurator generalny Ziobro, poseł-prokurator stanu wojennego Piotrowicz i prezydent-doktor nauk prawnych Duda (kolejność nieprzypadkowa, bo wskazująca na stopień faktycznej decyzyjności w tej sprawie i pozycję w hierarchii) mają w głębokim poważaniu art. 183 ust. 3 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, bez żadnych wątpliwości przesądzający o sześcioletniej kadencji pierwszego prezesa SN. A przy okazji zdają się nie pamiętać, że art. 8 ust. 2 najważniejszego aktu prawnego w Polsce precyzuje, że przepisy w nim zawarte stosuje się bezpośrednio. Już to wskazuje, że wiedzę prawniczą uznają za zbędną, bo to przecież oni rozstrzygają, co jest obowiązującym prawem. Co tam jakaś Konstytucja, której projekt opracowali "komuniści i złodzieje", a w referendum przyjął otumaniony ówczesną propagandą "ciemny lud" czy - jak powiedział wtedy jeden z hierarchów kościelnych - "przypadkowe społeczeństwo"...

Owszem, można dokonywać reform, ale w oparciu o obowiązującą Konstytucję i pewne fundamentalne zasady. Jedną z nich jest trójpodział władzy, którego podstawowe założenia zostały dobitnie określone w art. 10, a jakby komuś było mało - art. 173 wyraźnie podkreśla odrębność sądów i trybunałów od innych władz.

Te cztery przepisy są w swojej wymowie do bólu jednoznaczne, odpowiadając też duchowi Konstytucji. Nie pozostawiają pola do jakichkolwiek wątpliwości czy alternatywnych interpretacji. Jeśli funkcjonariusze partii rządzącej opowiadają o jakichś rozbieżnych poglądach czy niedookreśloności, to po prostu mijają się z prawdą, by nie nazwać tego dosadniej. Ewentualnie bezdennie kompromitują się, zwłaszcza jeśli są osobami posiadającymi wykształcenie prawnicze. No ale skoro PRL-owska propaganda uważała, iż Monteskiuszowski podział władzy ma charakter burżuazyjny, a władza jest jedna i niepodzielna, coś tam chyba z tych wywodów pozostało w głowie J. Kaczyńskiego, który nieraz już dowiódł, że minioną epokę darzy specyficzną atencją. A przecież teraz to on - szeregowy poseł - tak naprawdę rządzi i dzieli...

Jeśli na podstawie jawnie niezgodnych z ustawą zasadniczą czynów prezydenta, a także ustaw zasługujących na identyczną etykietkę, ludzie o znacznie niższych kwalifikacjach i doświadczeniu w porównaniu do swoich poprzedników opanowali TK i KRS, jak również zostali nominowani do kierowania sądami powszechnymi przez słynącego z populizmu polityka, będącego najważniejszym wykonawcą "reformy", to trudno mówić, że trójpodział władzy jeszcze w Polsce obowiązuje. A za chwilę będzie już pozamiatane, bo faktyczne wyproszenie z SN wielu sędziów oraz prezes Małgorzaty Gersdorf i wstawienie w to miejsce "zaufanych" (a spośród ponad 10-tysięcznej rzeszy sędziów kilkudziesięciu niestety jakoś się znajdzie), zapewni politykom całkowitą kontrolę nad wymiarem sprawiedliwości.

Ktoś niezorientowany mógłby naiwnie zapytać - do czego to jest PiS-owcom potrzebne? Ano do wygrania przyszłorocznych wyborów do Sejmu, jak również prezydenckich. W myśl gomułkowskiej maksymy "władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy".

Już teraz taki scenariusz jawi się jako cokolwiek prawdopodobny, a przynajmniej nie pozbawiony pewnej logicznej ciągłości. W końcu niepomyślny wynik wyborczy można "nieco skorygować" po uwzględnieniu szeregu oficjalnych protestów, a takich zapewne byłoby wówczas sporo. W atmosferze histerii dotknięty "dobrą zmianą" SN uczyniłby, co "powinien". Po to właśnie w nowelizacji ustawy o SN zapisano, że wybór pierwszego prezesa następuje niezwłocznie po obsadzeniu jedynie 2/3 stanowisk sędziowskich w tym organie. Wiadomi politycy uważają, że wypadałoby zrobić to jak najszybciej. Oczywiście nie przejmują się tym, że zgodnie z Konstytucją kadencja prezes Gersdorf upływa w kwietniu 2020 roku. Bo ich ustawy są ważniejsze od Konstytucji, która... i tu można dopowiedzieć to samo, co kilka akapitów wyżej...

I to właśnie jest kwintesencja całego zamieszania.

Wskutek pewnego zbiegu okoliczności (niewielka liczba głosów poniżej progu wyborczego dwóch ugrupowań) blisko 3 lata temu PiS-owcy otrzymali nieco więcej niż połowę mandatów w Sejmie. Ich zachowanie przypomina inwazję kosmitów. Czynią permanentne starania, aby siłą wprowadzić swoje zasady nie pochodzące z planety, którą opanowali, jawnie sprzeczne z cywilizowanym porządkiem, chcą zawłaszczyć jak najwięcej się da, ogłupiając przy tym społeczeństwo partyjną nowomową.

Kluczową rolę w opanowaniu najpierw TK, a potem KRS i sądów odegrało czterech polityków, o których wyżej wspomniano. Trzech z nich ukończyło prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, czyli tam, gdzie piszący te słowa. Według różnych wskaźników i opinii, od niepamiętnych czasów wydział prawa na tej uczelni uchodzi za najlepszy w Polsce, na równi z Uniwersytetem Warszawskim. Tymczasem spośród rzeszy świetnych absolwentów - niezwykle kompetentnych sędziów, prokuratorów, adwokatów, radców prawnych, urzędników, naukowców - trafiło się trzech, którzy o zasadach wpajanych przez znakomitych profesorów na Alma Mater jakoś "zapomnieli" bądź po prostu wyrzucili je do kosza. Bo teraz najważniejsze dla nich są zasady polityczne, które wygłasza szef partii (notabene absolwent UW).

Praworządność przegrała z politycznym zaślepieniem i fanatyzmem. Podobnie już było, gdy najważniejszą osobą w Polsce był autor tytułowego cytatu. Zachwianie fundamentów demokratycznego państwa prawnego jest szalenie niebezpieczne dla naszego kraju. Pozostaje mieć nadzieję, że kiedyś osądzi ich nie tylko historia...



1 komentarz:

  1. Wstyd, to najsłabsze słowo, które mi przychodzi do głowy jak widzę co PiS i cała reszta robi z naszą polityką, sądami i wizerunkiem. Dla mnie w tej chwili jest to jakiś fanatyzm, który (mam nadzieję że się nie wydarzy) chce rządzić bez ograniczenia czasowego. Być może po kolejnych wyborach okaże się w razie przegranej PiS za sfałszowane a trybunał to przyklepie. Nie chcę w to wierzyć ale w katulane zmiany 3 lata temu też bym nie uwierzył.

    OdpowiedzUsuń